niedziela, 20 maja 2012

Rozdział 6

* oczami Katie*


Wszystko wokół mnie działo się w zwolnionym tempie. Słyszałam strzały, krzyki, odgłosy bójek. Chwilę potem przyjechała policja, która będąc uprzednio dobrze poinformowana, od razu wkroczyła do akcji. Biegali w tą i z powrotem, krzyczeli, wymachiwali rękoma. Nagle jeden z policjantów wybiegł i wyjął telefon. Gorączkowo wystukiwał jakiś numer, po czym przyłożył komórkę do ucha i mówił niezrozumiałe dla mnie słowa spokojnym tonem. Ledwo się rozłączył przyjechały służby specjalne i karetka. Minutę później było już po wszystkim. Wyprowadzili porywaczy i brutalnie wepchnęli ich do radiowozu. Następnie moim oczom ukazał się drastyczny widok. <włącz> Na noszach lekarze wynosili Nialla. Był cały w krwi, najbardziej ucierpiała jednak jego ręka. Łzy zaczęły szybko spływać po moich bladych policzkach. Podbiegłam do niego i odruchowo chwyciłam zakrwawioną dłoń. Powoli, z wielkim trudem otworzył oczy. Szkliły się w południowym słońcu, które zupełnie nie pasowało do naszej tragicznej scenerii.
- Niall! Nie zostawiaj mnie! Proszę! - krzyczałam w szoku. - Nie możesz nam tego zrobić! Proszę, nie zostawiaj mnie! Tak bardzo cię kocham.. Proszę, Niall...
- Katie, nie opuszczaj mnie. Trzymaj mnie za rękę.. Proszę.. - wychrypiał niemal niesłyszalnym szeptem chłopak.
- Obiecuję skarbie, obiecuję. - odszepnęłam przez łzy.
Prowadziłam go do karetki, po czym stanowczo oświadczyłam, że jadę razem z nimi. Całą drogę ściskałam kurczowo rękę mojego chłopaka, nie chcąc złamać obietnicy. Cicho wymawiałam słowa modlitwy, prosząc o zdrowie dla Niallera. Nie wybaczyłabym sobie, gdyby miał teraz umrzeć. Boże, to się nie może stać! Zaczęłam płakać, spazmatycznie oddychać. Rzucałam się po podłodze samochodu, nie umiejąc pogodzić się z rzeczywistością. Lekarz podszedł do mnie i wręczył do ręki kubek gorącej herbaty. Nie pytałam skąd mają takie rzeczy, w obecnej chwili inne kwestie były dla mnie ważne. Droga dłużyła mi się niemiłosiernie. Nie mogąc usiedzieć w miejscu, chodziłam w tą i z powrotem po karetce. Rozgrzane policzki paliły w zetknięciu ze słonymi łzami, które nie uznawały żadnych ograniczeń i spływały szybko niczym mały wodospad. Przed moimi oczami zamajaczył w oddali budynek szpitala. Pomyślałam, że zaraz doktor nam pomoże, Niall pobędzie tu dwa, góra trzy dni i wrócimy cali i zdrowi do domu, ale dokładnie w tym momencie rozpoczęło się piekło. Wszystkie aparatury, które znajdowały się wewnątrz pojazdu zaczęły przeraźliwie piszczeć, błyszczeć, pikać. Stan blondyna pogarszał się z minuty na minutę. Zanim wynieśli go na noszach do środka posępnie wyglądającego szpitala, musieli reanimować chłopaka. Biegłam za nimi aż do sali operacyjnej, gdzie siłą powstrzymali mnie od pójścia dalej. Siedziałam na krześle, wbijając pusty wzrok w zieloną ścianę. Ktoś wszedł do korytarza, jednak nie byłam w stanie odwrócić głowy, byłam zbyt odrętwiała i pusta w środku by zwrócić na cokolwiek uwagę. Usłyszałam miękki, ciepły głos, powoli zbliżający się do mnie.
- Katie, jak się trzymasz? - zapytał Harry,ale nie odpowiedziałam mu. - Katie, będzie dobrze.. Proszę, tylko się nie załamuj.
- Nie będzie dobrze Harry. Nie widziałeś go? Jego stan jest sto razy poważniejszy niż stan Eleanor. Ona ma ledwie kilka siniaków, a Nialla po..po..postrzelili.. - rozkleiłam się zupełnie.
- Hej, hej mała, nic mu nie będzie. Katie! Nie możesz tracić nadziei, tak? Poza tym, miałaś się nie denerwować.. - obok mnie pojawił się Louis. - Myślisz, że ja czegoś takiego nie przeżywałem kiedy porwali Eleanor? Ale trzeba wierzyć, że będzie dobrze. To jedyne wyjście.
- Nasza kochana, mała siostrzyczko... - zaczął Liam, który dosłownie wyrósł spod ziemi.
- On z tego wyjdzie, choćby nie wiem co... A ty musisz się teraz przespać, odpocząć, cokolwiek.. - dokończył Zayn, który pojawił się tak samo niespodziewanie jak Liam.
Uśmiechnęłam się do nich i zrobiliśmy wielkiego miśka. W ich uścisku było mi bardzo dobrze, wiedziałam, że będą ze mną do końca życia. Jednak świadomość, że nie ma tu z nami tej szóstej, najważniejszej osoby dobijała mnie.. I to bardzo.. Siedzieliśmy wszyscy w poczekalni, tylko Louis poszedł do sali, gdzie leżała Eleanor. Nagle przybiegł do nas lekarz. Był zziajany, jakby przed chwilą przebiegł wiele kilometrów. W sumie nawet i parę metrów by go zmęczyło, bo był już dosyć stary.
- Państwo są od pana Nialla Horana? - wydyszał.
- Tak.. Tak! Tak! Tak! - zaczęłam krzyczeć jak szalona - Co z nim? Coś nie tak? Czy potrzebne będzie jakieś szczególne leczenie? Co się dzieje?
- Spokojnie, spokojnie.. Z panem Horanem wszystko w porządku. Sytuacja jest opanowana, nic nie zagraża jego życiu, stan jest stabilny. Poleży w szpitalu tydzień, dwa i wszystko będzie dobrze. - powiedział już nieco uspokojonym tonem doktor.
Zaczęłam płakać. Wszyscy zaczęli się na mnie dziwnie patrzyć.
- Kat, co jest? - zaczął Harry - Przecież Nialler z tego wyjdzie..
- Nie, nie, to nie tak, że mi smutno.. To łzy szczęścia. - uśmiechnęłam się. - Tak cholernie się bałam, że go stracę, że dziecko będzie bez ojca.. Ale teraz już się nie boję. Będzie dobrze, wiem na pewno. Czy mogę go zobaczyć?
- Na razie nie, ale jutro na pewno. - uśmiechnął się lekarz.
- No i widzisz mała, mówiłem, że będzie dobrze. - szepnął Louis.
- Dziękuję. - odpowiedziałam, po raz pierwszy od wielu dni spokojna.

_________________________
I oto mamy 6 rozdział. :* trochę krótki, no ale jest. :>
zostawiajcie komentarze ;)

1 komentarz: