niedziela, 20 maja 2012

Rozdział 6

* oczami Katie*


Wszystko wokół mnie działo się w zwolnionym tempie. Słyszałam strzały, krzyki, odgłosy bójek. Chwilę potem przyjechała policja, która będąc uprzednio dobrze poinformowana, od razu wkroczyła do akcji. Biegali w tą i z powrotem, krzyczeli, wymachiwali rękoma. Nagle jeden z policjantów wybiegł i wyjął telefon. Gorączkowo wystukiwał jakiś numer, po czym przyłożył komórkę do ucha i mówił niezrozumiałe dla mnie słowa spokojnym tonem. Ledwo się rozłączył przyjechały służby specjalne i karetka. Minutę później było już po wszystkim. Wyprowadzili porywaczy i brutalnie wepchnęli ich do radiowozu. Następnie moim oczom ukazał się drastyczny widok. <włącz> Na noszach lekarze wynosili Nialla. Był cały w krwi, najbardziej ucierpiała jednak jego ręka. Łzy zaczęły szybko spływać po moich bladych policzkach. Podbiegłam do niego i odruchowo chwyciłam zakrwawioną dłoń. Powoli, z wielkim trudem otworzył oczy. Szkliły się w południowym słońcu, które zupełnie nie pasowało do naszej tragicznej scenerii.
- Niall! Nie zostawiaj mnie! Proszę! - krzyczałam w szoku. - Nie możesz nam tego zrobić! Proszę, nie zostawiaj mnie! Tak bardzo cię kocham.. Proszę, Niall...
- Katie, nie opuszczaj mnie. Trzymaj mnie za rękę.. Proszę.. - wychrypiał niemal niesłyszalnym szeptem chłopak.
- Obiecuję skarbie, obiecuję. - odszepnęłam przez łzy.
Prowadziłam go do karetki, po czym stanowczo oświadczyłam, że jadę razem z nimi. Całą drogę ściskałam kurczowo rękę mojego chłopaka, nie chcąc złamać obietnicy. Cicho wymawiałam słowa modlitwy, prosząc o zdrowie dla Niallera. Nie wybaczyłabym sobie, gdyby miał teraz umrzeć. Boże, to się nie może stać! Zaczęłam płakać, spazmatycznie oddychać. Rzucałam się po podłodze samochodu, nie umiejąc pogodzić się z rzeczywistością. Lekarz podszedł do mnie i wręczył do ręki kubek gorącej herbaty. Nie pytałam skąd mają takie rzeczy, w obecnej chwili inne kwestie były dla mnie ważne. Droga dłużyła mi się niemiłosiernie. Nie mogąc usiedzieć w miejscu, chodziłam w tą i z powrotem po karetce. Rozgrzane policzki paliły w zetknięciu ze słonymi łzami, które nie uznawały żadnych ograniczeń i spływały szybko niczym mały wodospad. Przed moimi oczami zamajaczył w oddali budynek szpitala. Pomyślałam, że zaraz doktor nam pomoże, Niall pobędzie tu dwa, góra trzy dni i wrócimy cali i zdrowi do domu, ale dokładnie w tym momencie rozpoczęło się piekło. Wszystkie aparatury, które znajdowały się wewnątrz pojazdu zaczęły przeraźliwie piszczeć, błyszczeć, pikać. Stan blondyna pogarszał się z minuty na minutę. Zanim wynieśli go na noszach do środka posępnie wyglądającego szpitala, musieli reanimować chłopaka. Biegłam za nimi aż do sali operacyjnej, gdzie siłą powstrzymali mnie od pójścia dalej. Siedziałam na krześle, wbijając pusty wzrok w zieloną ścianę. Ktoś wszedł do korytarza, jednak nie byłam w stanie odwrócić głowy, byłam zbyt odrętwiała i pusta w środku by zwrócić na cokolwiek uwagę. Usłyszałam miękki, ciepły głos, powoli zbliżający się do mnie.
- Katie, jak się trzymasz? - zapytał Harry,ale nie odpowiedziałam mu. - Katie, będzie dobrze.. Proszę, tylko się nie załamuj.
- Nie będzie dobrze Harry. Nie widziałeś go? Jego stan jest sto razy poważniejszy niż stan Eleanor. Ona ma ledwie kilka siniaków, a Nialla po..po..postrzelili.. - rozkleiłam się zupełnie.
- Hej, hej mała, nic mu nie będzie. Katie! Nie możesz tracić nadziei, tak? Poza tym, miałaś się nie denerwować.. - obok mnie pojawił się Louis. - Myślisz, że ja czegoś takiego nie przeżywałem kiedy porwali Eleanor? Ale trzeba wierzyć, że będzie dobrze. To jedyne wyjście.
- Nasza kochana, mała siostrzyczko... - zaczął Liam, który dosłownie wyrósł spod ziemi.
- On z tego wyjdzie, choćby nie wiem co... A ty musisz się teraz przespać, odpocząć, cokolwiek.. - dokończył Zayn, który pojawił się tak samo niespodziewanie jak Liam.
Uśmiechnęłam się do nich i zrobiliśmy wielkiego miśka. W ich uścisku było mi bardzo dobrze, wiedziałam, że będą ze mną do końca życia. Jednak świadomość, że nie ma tu z nami tej szóstej, najważniejszej osoby dobijała mnie.. I to bardzo.. Siedzieliśmy wszyscy w poczekalni, tylko Louis poszedł do sali, gdzie leżała Eleanor. Nagle przybiegł do nas lekarz. Był zziajany, jakby przed chwilą przebiegł wiele kilometrów. W sumie nawet i parę metrów by go zmęczyło, bo był już dosyć stary.
- Państwo są od pana Nialla Horana? - wydyszał.
- Tak.. Tak! Tak! Tak! - zaczęłam krzyczeć jak szalona - Co z nim? Coś nie tak? Czy potrzebne będzie jakieś szczególne leczenie? Co się dzieje?
- Spokojnie, spokojnie.. Z panem Horanem wszystko w porządku. Sytuacja jest opanowana, nic nie zagraża jego życiu, stan jest stabilny. Poleży w szpitalu tydzień, dwa i wszystko będzie dobrze. - powiedział już nieco uspokojonym tonem doktor.
Zaczęłam płakać. Wszyscy zaczęli się na mnie dziwnie patrzyć.
- Kat, co jest? - zaczął Harry - Przecież Nialler z tego wyjdzie..
- Nie, nie, to nie tak, że mi smutno.. To łzy szczęścia. - uśmiechnęłam się. - Tak cholernie się bałam, że go stracę, że dziecko będzie bez ojca.. Ale teraz już się nie boję. Będzie dobrze, wiem na pewno. Czy mogę go zobaczyć?
- Na razie nie, ale jutro na pewno. - uśmiechnął się lekarz.
- No i widzisz mała, mówiłem, że będzie dobrze. - szepnął Louis.
- Dziękuję. - odpowiedziałam, po raz pierwszy od wielu dni spokojna.

_________________________
I oto mamy 6 rozdział. :* trochę krótki, no ale jest. :>
zostawiajcie komentarze ;)

sobota, 12 maja 2012

Rozdział 5

*oczami Eleanor*


Boże, dobry Boże, jeśli tylko mnie słyszysz, proszę, zrobię wszystko, tylko pomóż mi się stąd wydostać, błagałam w duchu. Siedziałam w ciemnej, zapleśniałej piwnicy, oddalonej o setki kilometrów od domu chłopaków, w którym przebywali już od kilku dni po skończonej trasie koncertowej. Zapach, który się tutaj unosił był wręcz nie do zniesienia. Przy ścianach leżały kawałki kartonów, zdechłe szczury, skrawki ubrań. Przywieźli mnie tutaj dwa dni temu. Szłam prawie pustą ulicą. Godzina była późna, ale nie spieszyło mi się do domu. Spokojnie stawiałam kroki, gdy nagle, z bocznej uliczki wyskoczyło dwóch mężczyzn ubranych na czarno. Jeden złapał mnie od tyłu, unieruchamiając ręce, a drugi zakleił usta taśmą. Zaciągnęli mnie do starego, obskurnego samochodu, związali ciasno grubym sznurem i wpakowali na tylne siedzenie. Jęczałam, żeby odkleili mi tą ohydną taśmę, bo nie mogę głęboko oddychać, ale zamiast tego dostałam porządnie w policzek. Do tej pory pozostał mi siniak. W czasie tej, prawdopodobnie najgorszej podróży mojego życia czas dłużył mi się niesamowicie. Nagle wpadłam na genialną myśl. Przypomniałam sobie, że mam telefon w kieszeni. Jakimś cudem udało mi się go wyciągnąć i wsunąć w majtki, co skutecznie zmniejszyło ryzyko, że mi go odbiorą. Miałam zamiar napisać potem sms'a do Louisa, żeby jakoś mnie namierzyli. Tak bardzo za nim tęskniłam. Jedyne czego pragnęłam, to tego, żeby mnie uwolnił i mogłabym zatopić się w jego ramionach, nie odchodząc od nich już nigdy. Brakowało mi jego uśmiechu, obsesji na punkcie marchewek i pasków, sposobu w jaki mnie całował, obejmował. Na samą myśl zaczęłam płakać. Mężczyźni odwrócili się do mnie i po raz kolejny oberwałam, tym razem w drugi policzek. Przykleiłam nos do szyby i wypatrywałam jakiegokolwiek znaku, który pozwoliłby mi rozpoznać okolicę. Po około dwóch godzinach dojechaliśmy do starego, opuszczonego budynku, w zupełnie nieznanej mi okolicy. Wprowadzili mnie do tej okropnej piwnicy i zamknęli drzwi na klucz. Dali mi zapas butelek wody, ale o jedzenie się nie zatroszczyli. Jeszcze nigdy nie czułam się tak okropnie wymęczona. Byleby tylko mnie znaleźli, nie chcę jeszcze umierać...

*oczami Louisa*


Siedziałem cicho w kącie zupełnie nie zwracając uwagi na to, co dzieję się dookoła. Kołysałem się bezmyślnie wprzód i w tył, wpatrując się ciągle w ten sam punkt na ścianie. Myślałem tylko o Eleanor, która w tej chwili mogła już nie żyć. Nie mogłem odrzucić od siebie tej myśli, a ona rozszarpywała mnie od środka. Rozpłakałem się jak małe dziecko. Harry natychmiast przybiegł do mnie i przytulił.
- Lou, kochanie, nie martw się, proszę. Eleanor na pewno się znajdzie, to tylko kwestia czasu. Zobaczysz, wszystko będzie dobrze. Skarbie, proszę nie płacz bo, i ja.. ja.. - głos załamał się Loczkowi i on również się rozpłakał.
Podeszła do nas Katie z Niallem. Nic nie mówiła, tylko patrzyła, przekazując spojrzenie pełne współczucia i wsparcia.
- Katie? - wychrypiałem ze łzami w oczach, który w sekundzie dwoiły się i troiły.
- Tak, Lou? - spytała troskliwie.
- Zrób coś dla mnie.. Nie przejmuj się, nie denerwuj. To tylko źle wpływa na dziecko. Jeśli coś się stanie maluchowi to sobie tego nie wybaczę. Dlatego obiecaj mi, że pójdziesz teraz do sypialni, położysz się spać, odpoczniesz.. tak? Nie zadręczaj się. Jutro rano wyjeżdżam, żeby szukać Eleanor. Może jej numer telefonu coś pomoże w poszukiwaniach, przekażę go policji. Na pewno będzie dobrze. Będzie dobrze, taak, na pewno.. Tylko muszę zadzwonić do mamy, bo w niedzielę idziemy do niej z Eleanor na obiad.. Tak, wszystko jest okej, tak..
- Lou, zaczynasz majaczyć, gadać brednie. Ruszam do łóżka, ale najpierw ty to zrobisz. No już, raz, dwa.
Kiedy w końcu ułożyłem się w łóżku, myśli o ukochanej zaczęły mnie przytłaczać. Do świadomości dobijały się wszystkie myśli, które wspólnie spędziliśmy. Po twarzy zaczęła mi spływać pojedyncza łza. Nagle usłyszałem dźwięk przychodzącego sms'a. Niemal rzuciłem się na telefon. Prawie zemdlałem kiedy zobaczyłem, że nadawcą wiadomości jest Eleanor. Drżącymi rękoma otworzyłem wiadomość i zacząłem czytać: ' Caxton Road, Beccles, wzywaj pomoc zanim będzie za późno. Kocham cię. Eleanor' W jednej chwili wiedziałem co robić. Przebrałem się w spodnie i koszulę, założyłem buty, narzuciłem kurtkę i wybiegłem z domu żeby ją odnaleźć.

*oczami Nialla*


- Niall, nie ma go. - powiedziała wtulona we mnie dziewczyna.
- Co? Kogo? Nie przyszedł pan od pizzy? Co ja teraz zjem? - mruknąłem zaspany z przerażeniem w głosie.
- Obudź się głupku. Louis wyszedł w nocy! - krzyknęła mi Katie wprost do ucha.
Przebudziłem się w mgnieniu oka. Wstałem z łóżka i pobiegłem do pokoju przyjaciela. Wyrzucałem wszystko z szafek, przetrząsałem książki, parę razy otwierałem i zamykałem laptopa. Nagle zauważyłem małą karteczkę na parapecie. Rzuciłem się w jej stronę, ale nie zauważyłem progu łóżka. Potknąłem się o nie i runąłem jak długi na podłogę.
- Auć! - syknąłem. Dotknąłem pulsującego czoła, z którego siąpiła się krew. - Cholera jasna!
Wziąłem kartkę i zacząłem czytać. 'Eleanor jest na Caxton Road w Beccles. Pojechałem jej szukać. Zawiadomiłem policję. Proszę, nie przyjeżdżajcie żeby nic się wam nie stało. Kocham was, czekajcie na dalsze wieści. Louis xx'  W głowie już układałem plan działania. Zbiegłem po schodach na parter, gdzie czekała na mnie Katie.
- Jedziemy do Beccles! - krzyknąłem. - Spójrz na to!
- Myślisz, że on by chciał, żebym tam była? Nie chcę, żeby coś stało się dziecku, nie chcę, żeby Lou się martwił.. Chociaż.. hmm, no nie wiem już sama. - mruknęła niezdecydowana dziewczyna.
- Katie! Ty się jeszcze wahasz?! Do samochodu, jazda!
Złapałem ją za rękę i zaciągnąłem do samochodu. Przebyliśmy trasę w pełnym napięcia milczeniu. Martwiłem się o stan zdrowia Katie, w końcu obiecałem lekarzowi, że zatroszczę się o jej zdrowie, ale w tej sytuacji nie mogłem postąpić inaczej. Miałem tylko nadzieję, że to nie będzie miało żadnych skutków ubocznych. Kiedy dotarliśmy do miasta byłem zupełnie zdenerwowany, a ręce trzęsły mi się bardziej niż przed pierwszym koncertem. Krążyliśmy między ulicami, objechaliśmy ich mnóstwo, ale tej jednej nie mogliśmy znaleźć. Nagle odezwał się telefon.
- Niall, jesteście w domu? Katie jeszcze śpi? - szeptał Louis.
- Stary.. Jesteśmy w Beccles. - odparłem zmieszany. - Nie denerwuj się, już dojeżdżamy. Zaraz będziemy na miejscu, porozmawiamy, odnajdziemy Eleanor, będzie dobrze.
- Co ty wygadujesz?! Jak mogłeś? Przecież prosiłem! Ale teraz to na nic.. Po prostu przyjeżdżajcie szybko, namierzyłem już budynek, w którym ją trzymają.
Odnaleźliśmy Louisa po niespełna pięciu minutach. Przywitaliśmy się szybko i zaczęliśmy wszystko planować.
- Myślę, że powinniśmy poczekać na policję. - stwierdziła Katie.
- Nie możemy czekać. Możliwe, że wszystko zależy teraz od tych kilku chwil. Nie wiem jak wy, ale ja tam wchodzę. - odparł Lou.
- Katie, zostań tu, ja idę. - stwierdził Niall.
- Nie, proszę. Poczekajmy chociaż chwilę. Błagam. - szeptała Katie bez skutku.
Nie mogłem sobie na to pozwolić. Ruszyliśmy po schodkach do drzwi tajemniczego pomieszczenia. Otworzyliśmy je i zaczęliśmy skradać się po cichu. Nagle zobaczyliśmy dwóch porywaczy. Rozmawiali zawzięcie, niezwykle pochłonięci jakimś tematem. Postanowiliśmy zakraść się od tyłu i obezwładnić ich, uderzając w głowę. Stąpaliśmy jak po cienkim lodzie. Wszystko szło świetnie, zbliżyliśmy się znacznie do mężczyzn. Wtem zaczął dzwonić telefon Louisa. Ułamki sekundy dzieliły nas od katastrofy. Usłyszałem huk wystrzelanego pistoletu, a potem była już tylko ciemność.

_______________________
I oto mamy długo wyczekiwany 5 rozdział. :) Przepraszam, że tak długo czekaliście. Proszę, jak przeczytacie, to zostawcie komentarz z opinią, dla was to chwila, a dla mnie to wiele znaczy. :*



Mała wzmianka

Kochani, dziękuję za to ponad 500 wejść <3 Jesteście cudowni, że i tak czytacie te moje wypociny. :* Już niedługo 5 rozdział, obiecuję.

wtorek, 1 maja 2012

Rozdział 4

*oczami Nialla*

Biegłem wzdłuż szpitalnego korytarza, nie mogąc odnaleźć sali, wskazanej mi przez pielęgniarkę. W głowie wirowało mi tysiące pytań dotyczących Katie. Tak bardzo się o nią martwiłem. Jeszcze nigdy nie byłem świadkiem wypadku, którego doświadczyła. Prawdopodobnie dlatego byłem taki przerażony. Błądziłem oczami, w poszukiwaniu kogoś kto by mnie pokierował. Nagle zobaczyłem lekarza, którego natychmiast zbombardowałem gradem pytań.
- Doktorze! Co z nią? Dlaczego zemdlała? Co z dzieckiem? - krzyczałem spanikowany.
- Panie Horan, proszę się uspokoić. Wszystko jest w porządku. Takie wypadki są często spotykane u kobiet w ciąży. To tylko zwykłe osłabienie. Radzę zadbać o stan zdrowia panny Brooks, nie pozwalać jej się przemęczać, a będzie dobrze. - uśmiechnął się do mnie spokojnie i odszedł.
- Proszę pana, ale gdzie ona...?
- Sala nr 125, po lewo. - odpowiedział radośnie lekarz.
Wszedłem do sali i tam ją zobaczyłem. Leżała na twardym, szpitalnym łóżku, całkowicie bezbronna i niewinna. Była pogrążona w płytkim śnie, słyszałem jej miarowy oddech. Niezwykle blada twarz kontrastowała nawet z pięknymi blond włosami, które teraz odbijały promienie słońca, wpadające przez duże okno. Usta miała lekko spierzchnięte, a na policzku rumienił się mały ślad od uderzenia w mój nadgarstek, kiedy zemdlała. Podszedłem cicho do stolika stojącego obok łóżka, chwyciłem kubek z wodą i drewnianą szpatułką owiniętą bandażem. Zanurzyłem ją w wodzie, a następnie zwilżyłem usta Katie. Powoli otworzyła oczy,
- Niall? - wyszeptała - Jak dobrze cię widzieć.
Uśmiechnęła się na mój widok. Katie, moja ukochana Katie, za którą tak bardzo tęskniłem.
- Skarbie, jak się czujesz? - pocałowałem ją w czoło - Czegoś ci potrzeba? Przynieść ci coś do jedzenia, picia?
- Po prostu mnie stąd zabierz. Nie mam zamiaru tutaj dłużej siedzieć. Nienawidzę szpitali, mam z nimi złe skojarzenia. Błagam, zrób to dla mnie. Porozmawiaj z lekarzem, nie chcę tu być. - gwałtownie przytuliła się do mnie i zaczęła szlochać.
- Spokojnie, już cii... Będzie dobrze. - zacząłem głaskać jej włosy - Załatwię to, obiecuję.
- Naprawdę? - Katie gwałtownie się wyprostowała - Dziękuję ci, dziękuję!
Łzy lśniły w jej oczach i odbijały promienie, pięknie je rozświetlając. Patrzyłem na jej piękną twarz, która odprowadzała mnie wzrokiem do drzwi. Pomachała mi radośnie i położyła się z powrotem. Przychyliłbym jej nieba, zrobiłbym wszystko, byleby była szczęśliwa. Skierowałem się w stronę gabinetu doktora, by spełnić życzenie mojej ukochanej.

kilka dni później...


*oczami Katie*

Siedziałam z Niallerem na kanapie. Trzymał ręce na moim brzuchu, który delikatnie się zaokrąglił. Teoretycznie miał prawo, w końcu to 3 miesiąc. Uśmiechaliśmy się do siebie trwając w zgodnym milczeniu. Było mi tak dobrze. Zawsze marzyłam o takim chłopaku, jakim był Niall. Czuły, troskliwy, kochający, był przy mnie w każdej chwili.
- Skoro w końcu mamy chwilę dla siebie i nie zanosi się na to, żebym znowu zemdlała, to może porozmawiamy na temat Harry'ego i jego bycia ojcem chrzestnym? - uśmiechnęłam się.
- Katie.. Jesteś pewna, że to dobry pomysł? Owszem, Harry jest troskliwy i umie zająć się dziećmi, ale nie jestem przekonany co do jego odpowiedzialności.. - odpowiedział Niall.
- Kochanie, bez urazy, ale gadasz jak osiemdziesięcioletni staruch - wybuchnęłam śmiechem - Jestem przekonana, pewna w stu procentach, że to dobra decyzja.
- Skoro tak uważasz.. No dobra. - pocałował mnie w policzek. - Mam go teraz zawołać, powiemy mu to w tej chwili?
- Jasne! To świetny pomysł. - przytuliłam się do niego - Kocham cię, wiesz?
- Oj wiem, wiem.. - roześmiał się łobuzersko - Harry! Chodź tu Elvisie!
Z pokoju na górze dobiegł nas dziwny hałas. Brzmiał jakby poprzewracały się wszystkie szafki, potłukły wazony, a sam chłopak też doznał jakichś urazów.
- Masz swojego ojca chrzestnego, bardzo odpowiedzialnego. - stwierdził zażenowany Niall.
- Nie przesadzaj. - uśmiechnęłam się w jego stronę.
Nagle po schodach zbiegł nieco poturbowany Harry, z siniakiem na ręce i podskakujący na lewej nodze.
- Nic mi nie jest! Nie obawiajcie się! To tylko mały wypadek. Hazza to zaraz sprzątnie! - wykrzyknął rozbawionym tonem.
- Harry, usiądź na kanapie. Musimy pogadać. - odparł poważnie Niall.
- Ymm... Coś się stało? Jesteś jakiś taki spięty.
- Stary, mamy do ciebie prośbę, chodzi o to, że.. - Irlandczyk zaczął się denerwować.
- Chcemy, żebyś został ojcem chrzestnym naszego dziecka. - dokończyłam.
Przez chwilę Harry tylko mrugał ze zdziwienia i wpatrywał się w nas z niedowierzaniem. Siedzieliśmy tak dobre parę minut. W pewnej chwili chłopak zerwał się z kanapy i zaczął biegać po całym domu.
- Będę ojcem chrzestnym! Hurra! Mówię wam, nie pożałujecie! Będę najlepszym ojcem chrzestnym na całej planecie! Rany, kocham was! No nie mogę uwierzyć! - krzyczał jak szalony.
- Skarbie, chodź, pójdziemy na spacer. Jeszcze chwila, a rozwali cały dom. Nie chcę być tego świadkiem. - szepnął mi do ucha Niall.
Szybko ubraliśmy się i wymknęliśmy z domu. Skierowaliśmy się w stronę uroczego parku. Spacerowaliśmy chwilę dookoła stawu, po czym usiedliśmy w odludnym miejscu, żeby nie natknąć się na natrętne fanki.
- Ellie... Tak, Ellie to zdecydowanie dobry pomysł. - powiedziałam nagle z przekonaniem.
- O czym tu mówisz? - odparł zdziwiony Niall.
- O imieniu dla dziecka głupku. - roześmiałam się.
- A co jeśli to będzie chłopczyk?
- Hmm... Może Andy?
- Nie ma mowy! - krzyknął z udawanym oburzeniem - Jeśli to będzie chłopiec, to będzie się nazywał David.
- Jasne, jasne. Jeszcze zobaczymy. - stwierdziłam zadowolona.
Niall złapał mnie w talii i przyciągnął do siebie. Śmialiśmy się radośnie, turlaliśmy po trawie. Nagle z nieba zaczęły kapać małe krople deszczu. Biegliśmy jak oszaleli do domu, aby tylko nie zmoknąć, ale po powrocie i tak byliśmy doszczętnie przemoczeni. Kiedy w końcu udało nam się wysuszyć, był już wieczór.
Usiedliśmy na kanapie i włączyliśmy telewizor. Za oknem szalała burza, panował mroczny nastrój. W połowie nudnego filmu, który oglądaliśmy dołączyła do nas reszta zespołu, nie było jedynie Louisa. Zayn zaczął rzucać się z Harrym popcornem, a Niall rozpaczał, że marnują jedzenie. Liam właśnie opowiadał mi kawał, kiedy zgasło światło. Wszyscy zamilknęliśmy przestraszeni.
- Pewnie wysadziło korki. - wyszeptał Harry - Pójdę sprawdzić.
Wstał, lecz nie zdążył postawić ani kroku, bo nagle drzwi otworzyły się hukiem. W niedalekiej okolicy uderzył piorun, który oświetlił twarz mrocznej, zmoczonej deszczem osoby. Postać wbiegła na środek pokoju i zaczęła cicho płakać.
- Porwali Eleanor. - szepnął Louis.
_______________________________

i mamy 4 rozdział :> Proszę, piszcie komentarze, co sądzicie <3
Kasia